Nicholas D. Kristof, Sheryl WuDunn „ Biedni w bogatym
kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu”.
Myślę, że jest to bardzo dobra książka dla tych
wszystkich, którzy chcą zajrzeć poza pocztówkowe wizje jakiegoś kraju. Przy
wszystkich swoich wadach książka ta pomoże również zrozumieć dlaczego Donald
Trump wygrał 2 razy wybory w Stanach Zjednoczonych.
Autorzy będący dziennikarzami New Yorke Timesa zabierają
nas w podróż do miasteczka Yamhill w Stanach Zjednoczonych by pokazać
czytelnikom dlaczego „poziom negatywnych emocji w ostatnich kilku latach jest
nawet wyższy niż w czasach recesji” jak również „przekonaliśmy się, że w
przypadku zamożnych wykształconych rodzin podróż przez życie przypomina spacer
szeroką ścieżką, która wybacza błędy. Życie ludzi z niższych warstw społecznych
coraz bardziej kojarzy się z chodzeniem po linie”.
Próba odpowiedzi na tą pierwszą kwestię jest też próbą
zrozumienia dlaczego w wyborach Amerykanie głosowali tak a nie inaczej.
Natomiast ta druga konkluzja jest największą wadą tej książki. Może nie samo to
stwierdzenie w gruncie rzeczy jest aktualne pod każdym zakątkiem globu. Jest
nim dobór przykładów mających uzasadnić tę tezę. Rozumiem koncepcję autorów, by
główną osnową opowieści były losy pasażerów szkolnego autobusu numer sześć,
którym Kristof [ jeden z autorów] też jeździł do szkoły. Jednak dobór grupy
reprezentatywnej niestety nie pozwoli na udzielenie odpowiedzi na pytanie
dlaczego tym ludziom z niższych warstw społecznych żyje się gorzej.
Dzieje się tak ponieważ autorzy koncentrują się na
osobach pokroju Keylana Knappa. Robienie z niego i jemu podobnych ofiary
systemu jest w moim odczuciu zamazywaniem problemu. Bo to nie system a Keylan
„będąc w złym humorze, przewrócił biurko nauczyciela”. Poważnie? Mamy się
rozczulać nad kimś kto się tak zachowuje. Dlaczego nikt z tych wrażliwców z wielkich
miast nie pomyśli jak musiała się czuć w tej klasie cała reszta uczniów skoro
Keylan potrafił zrobić coś takiego nauczycielowi. To co robił innym uczniom?
To, że w wyniku tego typu czynów, handlu narkotykami w szkole został z niej
wyrzucony to raczej przejaw tego, że organizm społeczny jeszcze się potrafi
bronić.
Właśnie z tego
powodu książka ta bardzo długo nie potrafi znaleźć odpowiedzi na realny
problem. Spadku poziomu życia w Ameryce. Można mieć uwagi co do wskaźnika HDI
jednak to, iż USA są na 41 miejscu w świecie pod względem śmiertelności dzieci,
a długość życia począwszy od 2015 roku co najmniej przez 3 lata spadała [ dane
z książki, nie wiem jak wygląda sytuacja pod tym względem obecnie]. Dochodzą do
tego jeszcze te wszystkie ideologiczne fiksacje. Bo jak to, że politycy z
południa broniąc pomników Konfederacji i sprzeciwiając się prawom osób
transpłciowych przyczyniają się do „większego uwstecznienia gospodarczego”
wiedzą chyba tylko autorzy książki.
Trochę szkoda tych fragmentów bo problem biedy to także
jak słusznie piszą autorzy „ to poczucie degradacji, bycia zaszufladkowanym
jako ktoś gorszy” co wielu ludzi prowadzi do świata uzależnień czy
przestępczości.
Gdy wydaje się, że będzie to w pewien sposób stereotypowa
książka lewicowo – liberalnych autorów dotycząca zjawiska ubóstwa, zaczyna
robić się ciekawie.
Za ten zwrot w narracji jakże sprzeczny z poglądami
środowiska, z którego wywodzą się autorzy należy im się ogromny szacunek. Choć
nie odkrywają jakieś prawdy objawionej pisząc o roli rodziny w życiu człowieka.
By dociec dlaczego w tym samym pozbawionym przemysłu
mieście problem biedy dotknie tą a nie inną część populacji odwołują się do
raportu Daniela Patricak Moyninhana, który pisał tak „od dzikich irlandzkich
slumsów XIX wiecznego Wschodniego Wybrzeża po wstrząsające zamieszki na
przedmieściach Los Angeles płynie z amerykańskiej historii jedna niezaprzeczalna
nauka; społeczność, która dopuszcza do tego by ogromna liczba młodych mężczyzn
dorastała w niepełnych rodzinach nigdy nie znajdzie dobrego męskiego wzorca
[…]- taka społeczność prosi o chaos i go dostaje”. Jakże ponuro z tym współgra
fakt, iż większość amerykańskich dzieci mieszka przed ukończeniem osiemnastego
roku życia z samotną matką. Tak stabilna rodzina ma ogromne znaczenie również w
tak wydawałoby się odległej dziedzinie jak poziom życia dzieci w ich dorosłym
życiu. Autorzy potwierdzają to zarówno danymi statystycznymi „ Instytut
Brookingsa pokazał, że gdy dzieci przychodzą na świat w rodzinach z dolnego
kwartyla dochodów, a rodzice pozostają małżeństwem do końca ich dzieciństwa,
idzie im dobrze; tylko 17% zostaje w tym kwartylu, a 19% osiąga w dorosłości
górny kwartyl dochodów. Jednak w przypadku dzieci urodzonych w dolnym kwartylu,
których rodzice nie biorą ślubu, 50% zostaje w tym samym kwartylu w dorosłości
i tylko 5% dociera do górnego kwartylu” Liczby te są takie wymowne i
jednocześnie tak uniwersalne, że w interesie wszystkich nie tylko tych żyjących
w Ameryce powinny być zabiegi by pielęgnować rodzinę, by ją wzmacniać. Licznie
przytaczane w książce przykłady tylko potwierdzają tą tezę. Niewątpliwie
wyrwanie się ze środowiskowych schematów gdzie ceni się głównie indywidualizm i
„samorealizację” to duży atut tej książki. Liczne przykłady z książki ale i z życia
potwierdzają tylko ten pogląd. Stabilna sytuacja rodzinna zwiększa szanse
życiowe jej członków.
Spoglądając na środowisko z jakiego się wywodzą [ dla
niezorientowanych NYT to taka tamtejsza Gazeta Wyborcza] jeszcze większe
uznanie należą się za dostrzeżenie jeszcze jednej korelacji. Mianowicie wpływu
religijności na życie, zwłaszcza młodzieży. Wg badań przeprowadzonych przez
Uniwersytet Harvardzki „dzieci wychowane w praktykujących rodzinach rzadziej
cierpią z powodu trzech poważnych zagrożeń dojrzewania; depresji, narkotyków
oraz ryzykownych zachowań seksualnych. Prawdopodobieństwo, że zachorują na
depresję, było o 20% niższe, że będą zażywały narkotyki 30% niższe; a że zarażą
się chorobą weneryczną o 40% niższe.”
Tak więc w pewien sposób książka ta nie przynosi nowej
wiedzy. Rodzina dająca wsparcie, opiekę i kontrolę nad zachowaniem plus
religia, która uczy samodyscypliny to najskuteczniejsze recepty na uniknięcie
biedy w społeczeństwie. Tak więc może czas na zmianę polityk społecznych i
promowanie tych obszarów które realnie mają szansę zmniejszyć biedę i
wynikające z niej konsekwencje społeczne. Nie tylko w Ameryce ale może i w
Polsce i Europie.
Książkę tę niewątpliwie warto przeczytać.