niedziela, 18 października 2026

Przeczytane

 

Sebastian Staszewski „Lewandowski. Prawdziwy”

Biografie sportowców z reguły są schematyczne i nudne. Zwłaszcza te pisane przez ghostwriterów. Dzieje się tak dlatego, że dany sportowiec a we współczesnym świecie jest on niczym marka produktu chce zachować pełną kontrolę nad finalnym kształtem takiego dzieła. W przypadku książki Staszewskiego tak nie jest. Wynika to moim zdaniem z dwóch czynników. Talentu autora do prowadzenia opowieści oraz tego, że to on był jej autorem. Tzn oczywiście Lewandowski jest bohaterem ale ukazany jest nie tak jak on chciał ale tak jak autor postrzegał rzeczywistość.

Znajdziemy w tej książce cała drogę Roberta Lewandowskiego od czasów juniorskich do topu światowej piłki. Autor ukazując postać swojego bohatera słusznie pokazuje go na szerszym tle społeczno – rodzinnym. Bo to dość oczywiste, że rodzina ma wpływ na funkcjonowanie każdego człowieka. Natomiast uwarunkowania społeczne mogą w zależności od kontekstu ułatwić bądź utrudnić jego rozwój. Już tylko te elementy książki są na tyle ciekawe, że warto po nią sięgnąć.

Z mojej perspektywy jeszcze ciekawszym zagadnieniem na które możemy znaleźć odpowiedź w tej książce jest pytanie dlaczego Lewandowski nigdzie gdzie grał nie został legendą. Ba z wielu miejsc odchodził w atmosferze dużego konfliktu. Nawet kariera w reprezentacji a zwłaszcza kwestia opaski kapitańskiej zarówno rodziła się jak i trwała w atmosferze konfliktu.

Tak jak można zrozumieć, że w Lechu Poznań ( zbyt krótki okres gry) jak i Borussi Dortmund ( przenosiny do największego wroga) nie ma kultowego statutu to to, że takowego nie ma w Bayernie pokazuje pewien problem z Robertem Lewandowskim.  Potrafił on w mistrzowski sposób wykorzystać swoje umiejętności na potrzeby drużyny jednak wszystkie miejsca gdzie był traktował jako etap swojej kariery. Z pewnością robi tak większość nie tylko piłkarzy ale wszystkich pracowników. Tym niemniej w każdym miejscu pracy tworzy się swoisty mikroświat a Lewandowski nigdy do niego nie należał. Dlaczego tak było ? Zachęcam do lektury książki bo znajdziemy w niej moim zdaniem odpowiedź na powyższe pytanie.

sobota, 17 października 2026

Półka z płytami

 


Scorpions „Coming Home Live” Vertigo 2025

 Powoli człowieka cieszy to, że są jeszcze rzeczy na tym świecie starsze od niego. Tak jest z karierą grupy Scorpions, która w roku 2025 albumem „Coming Home Live” świętowała 60 lecie działalności na scenie. Można tylko pozazdrościć zdrowia Rudolfowi Schenkerowi i Klausowi Meine czy Matthiasowi Jabsowi. Muzycznie też wszystko wypada okazale. Przecież przez lata umiejętności gry tych muzyków tylko wzrosły. Przy tak długiej karierze oczywistym problemem jest dobór kompozycji bo nawet na 2 płytach cd nie zmieszczą się wszystkie najlepsze. Patrząc pod tym względem to można odczuć pewien niedosyt, pierwszą połowę lat 70-tych załatwiono kompozycją składającą się z fragmentów kilu utworów. Królują natomiast numery z dwóch absolutnie znakomitych płyt „Blackout” i „Love At First Sting”. Trudno się temu dziwić bo gdyby takie płyty nagrał zespół amerykański czy brytyjski to sprzedaż byłaby znacznie większa jak te 10 milionów wykręconych przez Scorpions.

Słucha się tego koncertu całkiem przyjemnie w czym nie przeszkadza to, że Meine już nie „wyciąga” wielu fragmentów a panowie Schenker i Jabs nie grają jak młodzieniaszki. W końcu mają łącznie prawie 150 lat.

Lista utworów;

  1. 60 Years!
  2. Coming Home
  3. Gas In The Tank
  4. Make It Real
  5. The Zoo
  6. Coast To Coast
  7. 70s Medley
  8. Bad Boys Running Wild
  9. Delicate Dance
  10. Send Me An Angel
  11. Wind Of Change
  12. Loving You Sunday Morning
  13. I'm Leaving You
  14. New Vision (Mikkey's Solo)
  15. Tease Me Please Me
  16. Big City Nights
  17. Still Loving You
  18. Blackout (Encore)
  19. Rock You Like A Hurricane (Encore)

Skład;

Klaus Meine – śpiew (wokal)

Rudolf Schenker – gitara rytmiczna, gitara prowadząca, chórki

Matthias Jabs – gitara prowadząca, gitara rytmiczna, chórki

Paweł Mąciwoda – gitara basowa, chórki

Mikkey Dee – perkusja

niedziela, 11 października 2026

Przeczytane

 

Belfast Noir pod redakcją Adriana McKinty’ego i Stuarta Neville’a

 

Zbiór czternastu opowiadań kryminalnych, których zbiorczym bohaterem jest miasto Belfast. Ponieważ samo w sobie ma ono ciekawą historię to umieszczenie w niej akcji tych opowiadań jest wielce interesującym zabiegiem. Kryminał, opowiadanie kryminalne rządzą się swoimi prawami jednak odnoszę wrażenie, że ten lokalny dodatek wychodzi im na dobre. Poszerza on spektrum postaci, zdarzeń. Zwłaszcza te opowiadanie nawiązujące w swojej fabule do czasów „kłopotów” ( określenie na czas zamieszek pomiędzy ludnością „katolicką” i „protestancką”) pod pozorem błahych historyjek kryminalnych pokazują specyfikę tego miasta. 

Udekorowanego po jednej stronie flagami irlandzkimi a po drugiej brytyjskimi. Nie mnie oceniać biegłość pisarzy, których opowiadania zebrano w tej książce ale mogę stwierdzić, iż czyta się je dobrze. Jasne nie jest to literatura najwyższych lotów ale warto czasami poczytać dla czystej rozrywki. W przypadku tego zbioru opowiadań nikt nie powinien być rozczarowany.  

sobota, 10 października 2026

Półka z płytami

 


Omen „Warning Of Danger” Metal Blade 2012

Reedycja płyty grupy Omen „Warning of Danger” zabiera nas do wspaniałych czasów początków U.S. Power Metal. Gdy płyty były pełne energii, kotłowały się od pozytywnych emocji. Gdy wszystkie te grupy miały jeszcze nadzieję na sukces, miliony sprzedanych płyt, pełne stadiony i miliony dolarów na koncie. Cóż życie zweryfikowało te plany. Drugi w dyskografii zespołu album ma w sobie wszystkie zalety jak i wady tego gatunku w połowie lat 80-tych. Sporo ciekawych kompozycji jak tytułowa czy „March On” lub „Don’t Fear The Night”. Tych miłych uchu każdego fana tego gatunku galopad napędzanych pracą sekcji rytmicznej, solówek gitarowych i wokalu J.D. Kimballa. Może nie jest to najlepszy wokalista wszechczasów bo nawet w obszarze tego gatunku znajdziemy wielu ciekawszych ale trzeba przyznać, że jego umiejętności wykorzystano tutaj maksymalnie. Nad całą tą muzyką unosi się duch Iron Maiden z czasów ich pierwszych płyt. Taki „V.B.P” prawie niczym nie różni się od The Duellist  z albumu „Powerslave”. To nie jest zarzut, wzorowanie się na tej grupie. Jeżeli można postawić temu albumowi jakieś zarzuty to dotyczą one produkcji. Choć uczciwie muszę stwierdzić, że nie różni się ona jakoś specjalnie na minus od standardów tamtych czasów. Zdecydowanie przydałaby się tej płycie dopracowana reedycja, która dodałby jeszcze więcej energii zawartym na niej utworom. Całościowo bardzo udana płyta i miła podróż w czasie do połowy lat 80-tych XX wieku.

Lista utworów;

Warning Of Danger
March On
Ruby Eyes ( Of The Serpent)
Don’t Fear The Night
V.B.P
Premonition
Terminition
Make Me Your King
Red Horizon
Hell’s Gates

Skład

J.D. Kimball vocal
Kenny Powell Guitar
Jody Henry   bass
Steve Wittig  drums

Przeczytane

  Sebastian Staszewski „Lewandowski. Prawdziwy” Biografie sportowców z reguły są schematyczne i nudne. Zwłaszcza te pisane przez ghost...