Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 czerwca 2026

Przeczytane

 


Geoff Wicken „100 Years at Vicarage Road. 1922-2022”.

 
Półka to niebezpieczne miejsce dla książki. Książka Geoffa Wickena zaraz po zakupie tam trafiła i zapewne przebywałaby tak znacznie dłużej gdyby nie fakt, że szukałem innej książki i mój wzrok spoczął na tej publikacji. Nie pozostawało już nic innego jak zabrać się z lekturę.

Główny bohater książki Vicarage Road to stadion, na którym od ponad 100 lat swoje mecze rozgrywa podlondyński klub Watford. Słowo książka odnośnie tej publikacji jest pewnego rodzaju nadużyciem. Jest to album do którego dodano informacje dotyczące klubu. Niewątpliwą zaletą tego albumu jest jej przejrzysty układ. Poszczególne rozdziały obejmują dekady z historii klubu. Jedynie pierwszy rozdział obejmuje trochę dłuższy okres czasu i zajmuje się dziejami klubu zanim przeniósł się na Vicarage Road. Tych wcześniejszych miejsc było trochę bo aż pięć. Stabilizacja jeżeli chodzi o miejsce nie oznaczała stabilizacji sportowej. Watford to przez większość swojego istnienia klub grający na 3 i 4 poziomie rozgrywkowym w Anglii. Zmiana miejsce nastąpiła w momencie gdy właścicielem klubu został sir Elton John a managerem Graham Taylor. Jednak zawsze dla tego typu klubów głównym problemem był niedostatek środków finansowych. Oczywiście gdy właścicielem klubu został Elton John zawsze można było zorganizować na stadionie koncert. Natomiast wcześniej imano się najróżniejszych sposobów; czy to wystawy koni czy rozgrywki w piłkę na motorach. Wszystko było dobre co przynosiło choć minimalny dochód. Tak wyglądał egzystencja klubu przez większość jego dziejów. Żmudne zdobywanie środków na budowę i modernizację trybun, instalację oświetlenie, etc. Z tymi problemami możemy się zapoznać na kartach tej publikacji.

Ma ona jak już wspominałem dobry układ. Dodatkowo poszczególne dekady podzielone są na opisy zmian stadionu, dzieje klubu w rozgrywkach ligowych, wspomnienia kluczowych w danym okresie zawodników oraz kibiców, którzy np. w latach 60-tych zaczynali kibicować Szerszeniom. Również najważniejsze mecze z danego dziesięciolecia są opisane trochę szerzej. W całości daje to wgląd w dzieje tego klubu a przyjęta forma prezentacji nie nuży czytelnika tym bardziej, że lekturę urozmaicają ciekawe zdjęcia pokazujące jak zmieniał się Vicarage Road a szerzej jak zmieniała się angielska piłka.

niedziela, 19 kwietnia 2026

Przeczytane

 


Adam Leszczyński „Ludowa historia Polski. Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania”.

Dzieje Polski to permanentne czasy wyzysku. Najpierw chłopów, później robotników a cały czas żydów. Przez kogo? Przez pazernych władców, kler i kapitalistów. Nie wiedzieliście tego? Teraz dzięki demaskatorskiej książce Adama Leszczyńskiego mamy szansę się o tym dowiedzieć.

Publikacja ta to element narracji, która zalała rynek księgarski która stara się udowodnić, iż dzieje Polski to pasmo strasznych prześladowań. By było jasne, nie zamierzam bronić tezy, iż życie chłopów w I Rzeczypospolitej było usłane różami a robotnicy w XIX wieku żyli w krainie mlekiem i miodem płynącej. Jednak uważam, iż podstawą warsztatu są źródła i na ich bazie należy pracować. Dobrze byłoby podchodzić do jakiegoś zagadnienie bez gotowej tezy. Niestety taka postawa w oczach p. Leszczyńskiego zasługuje na pogardę. On jest przedstawicielem nowej „historiografii”. Wielka szkoda, że niewiele ma ona wspólnego z warsztatem pracy historyka i jego podstawowym zadaniem. Starać się odkryć prawdę.

Prawda niestety ograniczałaby tylko autora. Pisząc obszernie o strasznym losie chłopów w państwie pierwszych Piastów nagle stwierdza „ nie sposób […] oszacować skali eksploatacji i ustalić, jaką część wytworzonych przez chłopów zasobów przejmowała elita […]. Pierwsze bardzo ostrożne hipotezy dotyczą czasów późniejszych”. Czyli praktycznie nic nie wiemy o tych czasach jednak nie przeszkadza to autorowi dalej snuć swojej narracji „Nie można mieć wątpliwości, że był to kościec samego państwa i rdzeń jego gospodarczej organizacji, a kreatywność władzy w tworzeniu kolejnych obciążeń była imponująca”. Tak więc drogi czytelniku pamiętaj nie można mieć wątpliwości i niech ciebie nie zwiedzie, że autor na pokrycie swoich tez nie ma danych.

Temu snuciu opowieści o tragicznym losie chłopów nie przeszkadzają Leszczyńskiemu dane, które sam przytacza. „szacunki, mówią jednak, że z gospodarstwa łanowego nawet duża rodzina chłopska mogła się utrzymać. Dwa lata urodzaju umożliwiały jej wyprodukowanie takich nadwyżek zboża, która pozwalała spłacić zobowiązanie wobec państwa, pana i Kościoła”.  To, że przytaczane fakty nie pasują do ogólnie kreślonego obrazu zupełnie nie przeszkadza autorowi. Ba wręcz się tylko rozwija. Bo tak należy zinterpretować stawianie znaku równości pomiędzy chłopami pańszczyźnianymi a niewolnikami w Ameryce.

Jednym z koronnych świadków przywołanych przez autora jest Ulryk von Werdum, który spisał swoje refleksje po podróży po ziemiach I rzeczypospolitej. Tam padają słowa „polscy panowie z chłopami swymi obchodzą się gorzej niż z niewolnikami albo psami”. Skąd von Werdum wiedział jak obchodzono się z niewolnikami nie wiem. Wiem natomiast, iż do obowiązków historyka należy krytyka wewnętrzna źródła. Czyli między innymi motywów jakimi kierował się autor takiego dokumentu. Czy nieskrywana niechęć do katolicyzmu, polskiej szlachty artykułowana przez von Werduma nie wpłynęły na jego sądy? Bardzo możliwe, na tyle prawdopodobne by z ostrożnością posługiwać się nim w celu uzasadnienia takich hipotez.

Takiej sytuacji przeczy też proces przechodzenia przez zamożnych kmieciów do stanu szlacheckiego istniejący przez cały czas trwania Rzeczypospolitej a zaciekle potępiany przez szlachtę ( choćby Wacława Potockiego). Czytając bardzo popularny podręcznik do gospodarowania Anzelma Gostomskiego ze zdziwieniem odkrywamy, że chłopów należy szanować bo ich praca wzbogaca szlachcica. Przykłady te stoją trochę w poprzek forsowanej przez Leszczyńskiego tezie o tym, że los chłopa w Polsce nie różnił się niczym od losu niewolnika.

W zasadzie można tak się pastwić nad większością poglądów dotyczących przeszłości forsowanych przez Adama Leszczyńskiego. Zachęcam do osobistego wyrobienia sobie zdania w tym zakresie. Choć tkwi tutaj pewna pułapka zręcznie zastawiona przez autora książki. Nie każdy ją czytający ma wystarczającą wiedzę dotyczącą prezentowanych zdarzeń by poddać suflowane poglądy krytyce i ewentualnie je zweryfikować.

Dla mnie najciekawszym bo wnoszącym coś nowego do mojej wiedzy był fragment poświęcony pismu „Głos”, które w latach 80 i 90-tych XIX skupiało na swoich łamach tak odległych od siebie publicystów jak Ludwik Krzywicki ( komunista) czy Roman Dmowski.

Jeszcze na koniec jedna uwaga dotycząca tej publikacji. Mianowicie na jej końcu Leszczyński umieścił esej „Jak trzeba napisać ludową historię Polski; esej o metodzie” gdzie przedstawia swoje poglądy dotyczące warsztatu pracy historyka. Stoją one w ostrej opozycji do tego co twierdził jeden z ojców nowoczesnej polskiej historiografii Marceli Hendelsman który twierdził „ wiedzę o przeszłości […]historyk czerpie przede wszystkim ze źródeł”. Dla Leszczyńskiego pogląd taki jest przestarzały, przeciwstawia on temu poglądy Haydena White’a i Michela Foucaulta , które można sprowadzić w obrębie historii do zacierania różnicy pomiędzy wydarzeniem a jego przedstawieniem. Stąd już tylko krok do uznania narracji za najważniejszego zadania historyka. To oczywiście prowadzi do takich kwiatków jak „Ludowa historia Polski musi stawiać interesy i potrzeby ludzi podporządkowanych na pierwszym miejscu i stanowić całkowitą reinterpretację narodowej historii z ich perspektywy”. Cóż czy to ma coś wspólnego z warsztatem historyka pozwolę sobie napisać – nie. Historyk ma jak już wspominałem tylko jeden obowiązek. Pieczołowicie odtwarzać fakty z przeszłości i na ich podstawie rekonstruować dzieje. Ale co ja tam mogę wiedzieć?

W innym fragmencie tego eseju przytacza w kontrze do „właściwego” pisania o przeszłości fragment I tomu „Dziejów Polski” Andrzeja Nowaka „ Królestwo niemieckie i jego wschodni reprezentanci mieli wciąż na głowie walki ze Słowianami między Łabą i Odrą, aż do 950 r prowadzili także walkę z Czechami, wiążąc jednocześnie siły władcy Pragi, Bolesława Srogiego”. Jak Leszczyński komentuje tą rekonstrukcję faktów? „Wprawne oko dostrzeże w tej opowieści zarówno wpływy poglądów Romana Dmowskiego „ . Niestety jak się okazuje nie mam wprawnego oka tak więc może moje uwagi są podyktowane zwykłą zawiścią wobec wielkiego umysłu Adama Leszczyńskiego.

niedziela, 30 listopada 2025

Przeczytane

 

Mike Gonzalez, Katharine Cornell Gorka, „Marksizm. Nowa generacja. Jak z nim walczyć”.

Choć treść książki w przytłaczającej większości odnosi się do Stanów Zjednoczonych to jej wymowa jest uniwersalna. Dzieje się tak ponieważ nadal Ameryka odgrywa ogromną rolę w świecie i parafrazując XIX wieczne powiedzenie, jeżeli ona ma katar to cały świat kicha.

Tytuł a co dopiero treść książki mogą wydawać się dla większości szokujące. W XXI wieku marksizm? W Ameryce? Przecież to mekka kapitalizmu. Dla tych, którzy znają dzieje szkoły frankfurckiej nie będzie treść tej książki wielkim szokiem. Zawsze stoję co do zasady na stanowisku, że wobec książki najlepiej wyrobić sobie opinię poprzez samodzielną lekturę.

 Myślę, że wszyscy, którzy doczytali to co piszę do tego miejsca mają już świadomość, iż książka będzie dotyczyć świata polityki. Tak więc jeżeli kogoś ten obszar nie interesuje to nie znajdzie tutaj a tym bardziej w książce wiele ciekawego. Co jest oczywistym błędem ponieważ to, że Ty szanowny czytelniku nie interesujesz się polityką nie oznacza, że polityka nie interesuje się Tobą. Tak w rzeczywistości wszystko jest polityką.

Generalnie książka stara się odpowiedzieć na pytania; skąd w Ameryce wzięli się miłośnicy Marksa, jaką przybrali taktykę,  jak doszło do opanowania czołowych instytucji zwłaszcza kultury i nauki w Ameryce przez marksistów i co robić by się im przeciwstawić.

Oczywistą oczywistością jest stwierdzenie, że od XIX wieku zmieniły się czasy jednak nie zmienił się zasadniczy cel marksistów jakim jest chęć przebudowania całego społeczeństwa a być może i naturę ludzką. Kiedyś rolę taranu rozbijającego stary świat pełnić mieli robotnicy teraz w tej nowej odmianie tej ideologii w roli tej obsadzani są przedstawiciele innych ras jak biała, mniejszości seksualne. W swojej smutnej konsekwencji prowadzi to do sprowadzenia człowieka do koloru skóry czy orientacji seksualnej i tylko na tej podstawie ocenianiu tego co on robi.

 Droga do sytuacji z początków trzeciego dziesięciolecie XXI ( wtedy powstaje ta książka) zaczyna się w 1989 roku. Roku gdy Polska i inne kraje dotknięte tym rakiem politycznym próbują się od niego wyzwolić. Wtedy to w Stanach zaczyna się tryumfalny marsz tej ideologii. W tym roku na łamach The New York Timsa ukazał się artykuł Felicity Barringer „Edukacja. Marksizm staje się głównym nurtem w amerykańskich szkołach wyższych” Zauważa ona jakżeż trafnie, że „jego ideologiczni [ Marksa] spadkobiercy na amerykańskich kampusach właśnie kończą swoje przeobrażenie z krnąbrnych, zewsząd krytykowanych outsiderów w zasymilowanych akademickich insiderów”. Tak rozpoczyna się opanowywanie amerykańskich instytucji przez tę szkodliwą ideologię. Wprowadzanie do programu nauczania takich przedmiotów jak krytyczna teoria rasy. To będzie jeden z filarów sukcesu marksizmu w Stanach.

Drugim będzie kultura. W pewien sposób klęska marksistów, którzy chcieli dokonać rewolucji społecznej na drodze ekonomicznej, ich [ amerykańskich] nawet cieszyła. Jak mówił John Roemer „cieszę się z tego, co dzieje się w tych krajach [Europy Środkowo – Wschodniej]. Myślę, że to raczej uratuje socjalizm, niż go zabije”. To zdyskredytowanie wprowadzania marksizmu drogą przymusu ekonomicznego utorowało drogę nowej taktyce komunistycznej narzucania go poprzez kulturę. Cel natomiast tych działań nigdy się nie zmienił „zniszczenie wszystkiego co istnieje i zastąpienie kapitalizmu centralnym planowaniem”.

W tej nowej odmianie marksizmu są rzeczy niezmienne. Można by je podsumować określeniem cel jest wszystkim droga niczym. Czyli liczy się jak dana sprawa służy rewolucji komunistycznej a nie ona sama w sobie. Ta jakże charakterystyczna cecha marksizmu na przestrzeni dziejów cechuje również jego współczesną odmianę „ Problemem zawsze jest rewolucja (…) sprawa o którą walczymy – czy to czarni w centrach miast, czy kobiety – nigdy nie jest tą zasadniczą sprawą, a jedynie okazją do poczynienia postępu na drodze do osiągnięcia prawdziwego celu, jakim jest akumulacja władzy niezbędna do wywołania rewolucji”. Czytając to z łatwością dostrzegamy instrumentalne traktowanie sprawy co jest wg mnie jedną z immanentnych cech komunistów. Czy to robotnicy i ich trudności czy problemy mniejszości etnicznych interesują one ich o tyle o ile mogą je wykorzystać do niszczenia tego co jest.

Można by rzec jakie znaczenie mają te wszystkie spory ideologiczne często odbywające się tak hermetycznym językiem, że są zrozumiałe jedynie dla nielicznych. Myślę, że warto tutaj przytoczyć słowa Thomasa Carlyle’go „ żył kiedyś człowiek o nazwisku Rousseau, który napisał książkę zawierającą jedynie idee, a drugie wydanie zostało oprawioną w skórę tych, którzy śmiali się z pierwszego”.

Droga jaka doprowadziła do opanowania świata akademickiego ( zwłaszcza w obszarze nauk humanistycznych ) i kulturalnego była długo. Zgodna z taktyką nakreśloną przez Gramasciego, włoskiego marksistę, który pierwszy dostrzegł słabość tej „ekonomicznej” linii marksizmu. Postawił na odgórną zmianę rzeczywistości a to zagwarantować mogło tylko opanowanie instytucji opiniotwórczych. Ponadto jak zauważał „to relacje społeczne nadają znaczenie rzeczom – innymi słowy, kultura reguluje ludzkie istnienie”. Długi marsz przez instytucje i opanowanie kultury to droga do władzy wyznaczona przez Gramasciego. Choć do roku 1989 byli oni zwalczani przez sowieckich marksistów to cel mieli ten sam. Wyrażony w wierszu „Ludzka duma”

"Wtedy będę stąpał jak bóg

I zwycięzca po ruinach świata,

A nadając swoim słowom siłę tworzenia,

Poczuję się równy stwórcy”

To odwieczne pragnienie człowieka stać się równym Bogu marksiści w iście szatański sposób chcą spełnić niszcząc najpierw wszystko co istnieje na świecie. Stąd motywowane wstrząsającymi przykładami ataki na religię, rodzinę, naród, kulturę. Wszystko to co stworzył człowiek na przestrzeni dziejów co pozwoliło mu „czynić sobie ziemię poddaną”.

Tym zajmuje się ta książka. Ukazaniem drogi jaką przeszła ideologia marksistowska i to w podwójnym tego słowa znaczeniu. Drogi jak zmieniła swoje pojęcia, środowiska jakimi się interesowała, taktykę działania. Jak również w jaki sposób ideologia ta znalazła się w Stanach Zjednoczonych. Moim skromnym zdaniem fascynująca lektura pozwalająca zrozumieć zmiany jaki zachodzą w zachodnim świecie i tryumfu w niej tej ideologii.

Natomiast w samych Stanach raczej nie spełnił się ten czarny scenariusz kreślony w książce. Siły antykomunistyczne okazały się na tyle silne, iż podjęły próby powstrzymania marszu tej ideologii. Na ile skuteczne czas odpowie na to pytanie. Ze względu na zbyt słabą znajomość realiów amerykańskich trudno mi się odnieść do recept proponowanych przez autów by przeciwstawiać się marksizmowi. Choć uwzględniając wszystkie różnice czyż wiele się one różnią od tego co chciał nam powiedzieć na kartach „Drogi donikąd” Józef Mackiewicz.

 Swoją drogą choć to zupełnie inne światy literackie to obydwie książki są znakomite i ze wszech miar godne polecenia.

 

niedziela, 23 lutego 2025

Przeczytane

 

Katherine Ashenburg „Historia brudu”

W książce Katherine Ashenburg możemy zapoznać się z ciekawym elementem dziejów ludzkości a mianowicie z historią tych wszystkich środków jakie ludzie używali na przestrzeni wieków do utrzymania swoich ciał w czystości. Choć w tym miejscu muszę przyznać się do pewnego nadużycia bo był taki etap w dziejach kultury europejskiej gdzie wiele wysiłków poświęcano zabiegom nad czystością odzienia niespecjalnie przejmując się samym ciałem.

Ponieważ epoką która jako pierwsza dostarcza nam sporo źródeł o życiu codziennym jest starożytna Gracja i Rzym tam też rozpoczyna swoją opowieść autorka książki. Choć są to zbliżone światy to jednak do spraw kąpieli podchodziły w sposób zupełnie odmienny. Wprawdzie i jedni i drudzy przywiązywali do kwestii  higieny dużą wagę to w świecie greckim była ona sprawą domową.W związku z tym kąpielami cieszyli się w domowym zaciszu. Zupełnie inaczej do tej sprawy podchodzili Rzymianie. Chyba nie było w historii ludzkości drugiej takiej epoki, w której kąpiel zyskałaby tak publiczny charakter. Choć słowo kąpiel w naszym dzisiejszym rozumieniu nie oddaje tego czym była ona w świecie rzymskim. Była wręcz instytucją a jej najwspanialszą formą stały się łaźnie. Były one odpowiednikiem współczesnych centrów handlowych.

Upadek starożytnego Rzymu zabrał ze sobą jego cywilizacyjne osiągnięcia. Dość wspomnieć, iż minie ponad 1300 lat gdy mieszkańcy europejskich miast będą mogli cieszyć się bieżącą wodą w swoich domach. Resztki rzymskiej spuścizny pozostały na wschodzie początkowo w Bizancjum a stopniowo również w świecie arabskim. W Europie nastał czas umartwiania ciała a jednym z jego sposobów było odmawianie mu wody. Zresztą autorka przytacza wiele  zaleceń ówczesnych autorytetów medycznych mówiących o szkodliwości kąpieli. Spowodowało to na kontynencie europejskim odsunięcie się od tego niebezpiecznego procederu mycia się na kilka stuleci. Niewielkie wyłomy w tych praktykach uczyniły kontakty z Lewantem w dobie wypraw krzyżowych. Jednak trzeba z Ashenburg uczciwie stwierdzić, iż renesans kąpieli i wszelakich środków do higieny Europa zawdzięcza Ameryce. Tam z różnych względów choć najczęściej z dość przyziemnych jaką z jednej strony był brak barier architektonicznych, który umożliwił budowanie tak nowatorskich pomieszczeń jak łazienki a z drugiej chęć zysku, która napędzała producentów mydła i innych tego typu produktów sprawy higieny ciała nabrały nowej dynamiki. Ponieważ sukcesywnie kultura amerykańska zdobywał przyczółki na całym świecie tak też stało się  w dziedzinie walki z brudem.

Książka Katherin Ashenburg przynosi wiele ciekawych historii z tego wycinka dziejów ludzkości. Wszyscy, którzy w historii szukają bardziej ludzkich elementów powinni być zadowoleni z lektury tej książki.

niedziela, 22 września 2024

Przeczytane

 

Andrzej Friszke „Państwo czy rewolucja”

 Książka autorstwa Andrzeja Friszke ma podtytuł Polscy komuniści a odbudowa państwa polskiego 1892-1920. Jest ona po pierwsze wzorcem jak powinna wyglądać książka historyczna. Czyli jest oparta na źródłach a na jej końcu znajdziemy przypisy oraz bogatą bibliografię. Już tylko to wystarcza by ją zarekomendować. Jednak książka ta a w zasadzie postawa badawcza jaką zaprezentował autor jest również  wzorcowa. Pisze tylko o tym co ustalił na podstawie materiału źródłowego, nie boi przyznać się, że pewne obszary objęte pracą są jeszcze niezbadane. Ponadto nie pisze pod z góry obraną tezę tak dobierając materiał by przedstawić kogoś pozytywnie lub negatywnie. Po tych peanach nad stroną techniczną pracy parę słów o jej treści.

Praca prof. Friszke jest panoramą dziejów politycznych ziem polskich na przełomie XIX i XX wieku. Naturalną koleją rzeczy koncentruje się w swojej pracy na nurcie robotniczym bo na tym polu ścierały się główne siły socjalistyczne na ziemiach polskich. Praca ma istotne ograniczenie terytorialne mianowicie dotyczy ziem Królestwa Polskiego. Jest to jednak zabieg w pełni uzasadniony ponieważ ruch komunistyczny nie odgrywał większej roli w zaborze austriackim czy pruskim.

O wpływy w ruchu robotniczym rywalizowały dwa nurty polityczne;  komuniści z socjalistami niepodległościowymi. Ta rywalizacja, jej motywy, zmiany jakie zachodziły w obrębie ruchu robotniczego są główną osią tej książki.

Dzięki trudowi autora możemy prześledzić drogę intelektualną Róży Luksemburg, która doprowadziła ją do negacji aspiracji niepodległościowych Polaków. Przyglądając się temu wątkowi można tylko stwierdzić, iż nie pierwszy raz zwolennicy konieczności dziejowych czy nieubłaganych prawideł życia społecznego zostali pokonani przez czynniki, które najczęściej lekceważyli.

Studiując tę książkę można zauważyć, iż pewne sprawy pozostają niezmienne. Tym czynnikiem jest taktyka komunistów, którzy odmawiali współpracy czy podporządkowania się organom których nie kontrolowali. Ruch robotniczy na ziemiach polski ze względu na taką komunistów postawę nie był w stanie zorganizować wspólnych działań w trakcie rewolucji 1905 roku. Podobnie nie podejmowali oni współpracy w obszarze socjalnym jeżeli nie kontrolowali zajmujących się tym organizacji czego przykładem była odmowy współpracy przy tworzeniu kuchni robotniczych czyli form dożywiania najuboższych mieszkańców Warszawy. Ta taktyka jest stałym elementem działań komunistów pod każdą szerokością czy długością geograficzną.

Kolejną cechą charakterystyczną tego ruchu pokazaną w książce jest jego doktrynerstwo. Jeżeli rzeczywistość nie odpowiada założeniom teoretycznym to tym gorzej dla rzeczywistości. Przed I wojną światową a także w trakcie jej trwania jasnym stało się, że odbudowa Polski będzie możliwa tylko na szerszej jak robotnicza podbudowie społecznej. Odrzucenie tego stanu rzeczy doprowadzi komunistów do zaprzaństwa narodowego zaprezentowanego w pełnej krasie w trakcie wojny polsko – bolszewickiej.

Smutną konstatacją jest spostrzeżenie, że Lenin zanim sięgnął po władzę nie ukrywał jaki los szykuje światu, pisał „ewidencja i kontrola, wszyscy obywatele stają się najemnymi pracownikami państwa”. Tylko kto by tam czytał  wtedy a i dzisiaj różne manifesty komunistyczne zbywane są wzruszeniem rąk.

Muszę przyznać się również do niewiedzy. Choć zdawałem sobie sprawę, że w trakcie rewolucji październikowej życie w Piotrogrodzie ( ówczesna nazwa Petersburga) toczyło się praktycznie normalnie to informacja o rzeczywistej ilości zaangażowanych w ten bolszewicki przewrót robią duże wrażenie. Sześć góra siedem tysięcy bolszewików pokonało około 2 tysiące obrońców Rządu Tymczasowego. Te liczby w pełni potwierdzają tezę, iż zdeterminowana mniejszość potrafi narzucić swoją wolę większości.

 Choć postać Róży Luksemburg jednoznacznie zapisała się w polskiej historii to w książce znajduje się fragment wobec, którego trudno przejść obojętnym. Z pozycji marksistowskich poddaje ona krytyce działania bolszewików w Rosji pisząc „ Można zadekretować to co negatywne, burzenie; budowy, tego co pozytywne – nie da się […] Tylko pieniące się bez przeszkód życie rodzi tysiące nowych form (…) ma siłę twórczą, korygując wszystkie swoje pomyłki. Życie publiczne państw o ograniczonej wolności jest właśnie, tak bezpłodne, że przez wykluczenie demokracji odcina się żywe źródła wszelkiego bogactwa. (…) Muszą w tym brać udział najszersze masy ludowe. Inaczej socjalizm będzie wprowadzony dekretami, oktrojowany zza zielonego stolika przez tuzin intelektualistów.”

Można oczywiście na tę krytykę spojrzeć jako na twór teoretyka, który nie rozumie praktyki życia społecznego. Po części będzie to prawdą odnośnie wszystkich komunistów, którzy nie mogli znieść tej cechy natury ludzkiej, która chce posiadać rzeczy na własność. Jednak należy docenić krytykę ze strony  skądinąd komunistki jeżeli chodzi o  praktyki władzy komunistycznej Rosji.

W innym miejscu Friszke niezwykle trafnie pisze w kontekście ofiar rewolucji bolszewickiej i wojny domowej w Rosji czyli co najmniej 10,5 miliona ludzi. „Znając te fakty niezwykle trudno jest zrozumieć, dlaczego sowiecki komunizm miał tylu zwolenników (…) Kluczem do zrozumienia tego dramatycznego fenomenu jest emocjonalna potrzeba identyfikacji, która prowadzi do przyjmowania faktów potwierdzających słuszność wyboru oraz odrzucania lub bagatelizowania mu przeczących. Zwolennicy komunizmu nie przyjmowali do wiadomości faktów niewygodnych, odrzucali je jako „burżuazyjną propagandę”. Choć ta konkluzja autora odnosi się do konkretnych ludzi i czasu to wydaje się, że jest uniwersalnym spostrzeżeniem faktu, iż nie widzimy negatywnych działań naszych politycznych bohaterów. To prowadzić może w sprzyjających okolicznościach do postawy jaką przybrała Lucyna Baranowska, która na pytanie swojego dobrego znajomego z ruchu socjalistycznego ale wtedy już po przeciwnej stronie Pragiera „Wczoraj chłopi napadli na jakiś dwór i zanim pozabijali mieszkańców, powyjmowali im łyżeczką oczy. Powiedzcie mi, czy wy, na przykład wyjęlibyście mi łyżką oczy? Zamyśliła się i po chwili powiedziała – mój Boże jakby było trzeba” Można tylko dodać – modelowa postawa komunisty.

Fascynująca książka pokazująca zarówno ideowe zmagania pomiędzy tymi nurtami życia politycznego ale również ukazująca z socjalistycznej perspektywy okoliczności budowania państwa polskiego jesienią 1918 roku. Pokazująca, iż Polska dla „Fraków” czyli działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej była ważniejsza od socjalizmu. Dla niej potrafili zrezygnować z władzy na rzecz swoich przeciwników politycznych z endecji.

Narracja kończy się w roku 1920 gdy dwa nurty polskiego ruchu robotniczego trwale się podzieliły. Na tych, którzy bronią swojego, polskiego państwa i tych, którzy z tym państwem przy obcej pomocy walczą czyli z komunistami.

Na koniec jeszcze taka ciekawostka. Ważna postać strony komunistycznej z początków XX w Julian Marchlewski miał brata, który został senatorem z ramienia PSL – Piast. To były dopiero podziały polityczne w rodzinie.

Półka z płytami

  Wings Of Steel „Winds Of Time” HR Records 2025 Wspaniale słucha się tej płyty. Choć jak najbardziej współczesna przenosi słuchacza d...