Christopher Golden „Obcy. Rzeka cierpienia”
Prawdziwe arcydzieło literatury. Powieść, którą czyta się jednym tchem. Po jej lekturze już nic nie będzie takie samo. No dobrze to żart. Choć nie lubię takiego określenia jak literatura klasy B to obiektywnie trzeba tę książkę ją tam umieścić. Nie lubię tego określenia, bo z mojej perspektywy sztuką jest napisanie książki z wartką narracją, którą czyta się bardzo sprawnie. Choć trzeba brać pod uwagę fakt, iż ja w tej sprawie jestem skrajnie nieobiektywny. Wynika to z faktu takiego, że powieść Goldena toczy się w uniwersum Obcego. Muszę uczciwie przyznać, że uniwersum to w ostatnim czasie pokonało uniwersum Gwiezdnych Wojen w mojej głowie. Dla porządku tylko dodam, że nie chodzi o Camusa. Ten obcy został wykreowany na ekranach kinowych przez Ridleya Scotta. Jak to już w tym świecie jest sukces projektu zaowocował jego kontynuacją. Doczekaliśmy się nawet serialu swoją drogą mającego przez większość odcinków super klimat ale poprzez ostatni odcinek w zasadzie nie nadającego się do oglądania.
Powieść „Obcy. Rzeka cierpienia” wypełnia lukę pomiędzy odnalezieniem kapsuły ratunkowej z Ripley a momentem wysłania misji ratunkowej na planetę LV-426 z Ripley na pokładzie. Tutaj wrócę do początku, nie sądzę by po tę pozycję sięgnął ktoś przypadkowy. Dlatego też należą się wyrazy szacunku dla autora za to, że choć wiemy jak skończy się historia to nie można oderwać się od lektury. Tak to tylko spin-off jednak dodający szczegółów do tego uniwersum. A czy tego nie chcą fani?



