Ian Hay, Casssandra Welles „Football Grounds from the
Air”
Zapewne na pytanie czym jest piękno padnie tyle
odpowiedzi ilu będzie zapytanych. Ba jeden człowiek może wymienić kilka osób
lub rzeczy, które określi jako piękne. Na postawione samemu sobie pytanie
odpowiadam, że jedną z takich rzeczy tego świata, które określiłbym jako piękne
są stadiony. Zwłaszcza angielskie. I album ten w pełni zaspakaja moje potrzeby
obcowania z czymś pięknym. Takie uczucie może podzielić każdy miłośnik piłki
nożnej przeglądając ten album z fotografiami Iana Haya. Ma on dość prosty ale zarazem
odpowiedni układ, zdjęcie stadionu czasami dwa jak nazwa albumu wskazuje
zrobionymi z lotu ptaka oraz, krótka historia obiektu autorstwa Cassandry
Welles.
Zdjęcia należy niespiesznie kontemplować, podziwiać
zwłaszcza przy tych starszych stadionach wplecenie ich w tkankę miasta gdy
tworzą integralną z nią całość. Ponieważ większość fotografii powstało pod
koniec minionego wieku a publikacja ukazała się w 2006 roku to można również
zaobserwować jak zmieniły się przed to prawie ćwierćwiecze brytyjskie stadiony.
Tekst dołączony do każdego zdjęcia zawiera podstawowe
informacje, kiedy stadion zbudowano, jak przebiegała jego rozbudowa czasami
dodane są jeszcze inne fakty. Ich lektura pozwala nawet osobie, która zna się
na angielskiej piłce dostrzec rzeczy, które odchodzą w niepamięć. Choćby w
czasach dzisiejszego bumu frekwencyjnego jak żart brzmią informacje, iż na
Stamford Bridge w sezonie 1982-83 frekwencja potrafiła spaść poniżej 7 tysięcy
widzów na meczu. Skuteczna polityka walki z bandytyzmem stadionowym na gruncie
krajowym rozpoczęta przez rząd Margaret Thatcher zmieniła tę sytuację
diametralnie.
Trzeba przyznać, iż nazwy trybun na brytyjskich
stadionach były i są mało oryginalne. Dominują nazwy „główna trybuna” lub
określenia geograficzne, północna, południowa, etc trybuna. Na tym tle
wyróżniają się trybuny The Kop z tą najsłynniejszą na stadionie Liverpoolu ale
takie trybuny spotkamy również na obu stadionach w Sheffield czy Leeds i wielu innych.
Wznowienie
wydanej pierwotnie w 2019 roku płyty polskiego zespołu Amarok zabiera nas w
regiony post rocka, ambientu, world music. Jak by nie nazwać tego wszystkiego
czego słyszymy na płycie „The Storm” najważniejszy jest fakt, iż jest to bardzo
interesująca muzyka. Bazuje ona głównie na nastroju, charakterystycznych dla
ambientu plamach muzycznych. Bardzo dobrze to słychać w dwóch pierwszych
kompozycjach „Warm Coexistence” i „Dark Mode”. Na tle tych dźwięków pojawiają
się bądź to charakterystyczna dla rocka progresywnego „łkająca gitara” czy
różne oryginalne dźwięki. Wprawia to słuchacza w kontemplacyjny nastrój, tym
bardziej, że przez ponad pierwszych 20 minut jest to w sumie bardzo spokojna
muzyka. Dopiero w drugiej połowie utworu „Natural Affinity” słyszymy na moment
głośniejsze dźwięki by po chwili ponownie przejść do łagodniejszych tonów. Choć
jest to muzyka dosyć stonowana to odpowiednie posługiwanie się nastrojem na tej
płycie powoduje, że słuchając jej możemy odczuwać pewne zaniepokojenie, wrażenie, iż coś się za moment wydarzy. Wykreowanie takiej atmosfery przez
zespół, a tak w rzeczywistości przez jego lidera, kompozytora i multiinstrumentalistę Michała Wojtasa jest zaletą tego krążka bo choć muzyka w
pierwszym odbiorze może wydawać się monotonna to gdy wczujemy się w jej klimat to będziemy chcieli do niej wracać.
Lista
utworów;
1. Warm Coexistence (7:28)
2. Dark Mode (5:10)
3. Natural Affinity (11:04)
4. All the Struggles (7:30)
5. Uplifting (10:42)
6. Subconsciousness (3:18)
7. Facing the Truth (The Grand Finale) (3:18)
8. The Song of All Those Distant (5:04)
9. The Storm (4:35)
Z pewnym
zdziwieniem odkryłem, iż ten podlondyński klub nie ma na koncie większych
sukcesów. Owszem byli mistrzami ale drugiej, trzeciej i zwartej ligi. Nawet
pucharu krajowego nie zdobyli. Dlaczego więc klub wydaje się większym jak jest
w rzeczywistości? Wydaje się, że odpowiedź jest stosunkowo prosta. Jeżeli
prezesem klubu był artysta o światowej sławie to wpłynęło to na wielkość klubu.
Tym artystą był Elton John honorowy prezes klubu do dzisiaj a faktyczny w
latach 70-tych i 80-tych. On uczynił klub
rozpoznawalnym ponad lokalną społeczność.
zdjęcie; watfordfc com
Lata 80-te to
chyba czas największych sukcesów klubu, wicemistrzostwo Anglii, finał Pucharu.
Za tymi sukcesami stał ówczesny manager Graham Taylor i drużyna pełna gwiazd;
Kenny Jackett, Luther Blissett i największy z nich John Barnes. Realia
piłkarskiego świat nie stały się okrutne dopiero obecnie, bardzo szybko
zawodnicy ci zostali kupieni przez potężniejsze kluby a największą karierę poza
Watfordem zrobił niewątpliwie John Barnes skrzydłowy a później pomocnik
Liverpoolu i reprezentacji Anglii.
zdjęcie; watfordfc com
Blissett,
Barnes, Troy Deeney to nazwiska znane z pewnością miłośnikom angielskiej piłki
i choć to wybitni snajperzy ( Blissett jest rekordzistą klubu pod względem
zdobytych bramek 148) to w klubowej galerii sławy znajdzie się jeszcze miejsce
dla innych napastników ze swoimi osiągnięciami. Pierwszym z nich jest Fred
Pagnam reprezentujący barwy klubu w latach 20-tych XX wieku. Był to jego
ostatni przystanek w karierze zawodnika, karierze dość udanej dość wspomnieć,
iż wcześniej grał m.in. w barwach Liverpoolu i Arsenalu. Może on poszczycić się
największą ilością hattricków w dziejach Szerszeni a mianowicie miał takich
osiągnięć 7. Ten rekord być może zostanie pobity w przyszłości jednak
niezagrożone wydaje się osiągnięcie Pagnama polegające na tym, iż trafił on
trzy razy do bramki w dwóch kolejnych meczach, by było jeszcze trudniej mecze
te miały miejsce z tym samym przeciwnikiem ( Gillingham), natomiast by
osiągnięcie to było nie do pobicia mecze te miały miejsce dzień po dniu 26 i 27
grudnia 1927 roku. Co ciekawe w tych dwóch meczach padło łącznie
sześć bramek wszystkie zdobył Pagnam.
Jeżeli już wspominamy
mecze w okresie świątecznym to warto przy tej okazji dodać, iż przez pewien
okres czasu grano na Wyspach nawet w Boże Narodzenie. Być może niedługo ta data
pojawi się ponownie w piłkarskim kalendarzu ale tutaj mówimy o czasach gdy
przynajmniej formalnie UK było krajem chrześcijańskim a jak w latach 80-tych na
potrzeby telewizji pojawiły się mecze w niedzielę to zgody na to udzielić
musiał Kościół Anglikański. 25 grudnia
nie przypadkowo wybrany był na dzień rozgrywania meczów, w tym przypadku nie
stały za tym żadne „wrogie siły”. Po prostu decydowały czynniki socjologiczne,
był to dzień wolny od pracy, klasa robotnicza w Anglii z której rekrutowało się
gro kibiców mieszkała głównie w czynszowych mieszkaniach. Nie oferowały one zbyt
dużo wolnego miejsca tym bardziej , iż nie zawsze zamieszkiwała je jedna
rodzina. To wszystko powodowało, że ludzie spędzali czas w tym dniu na wolnym
powietrzu. Skoro już wychodzili z domu to równie dobrze mogli udać się na
stadion. Stąd narodził się pomysł rozgrywania meczy w Boże Narodzenie. Jednak wraz
ze wzrostem poziomu życia okazywało się, że ludzie cenią sobie komfort własnych
domków do których się przenosili. Zaczęło to wpływać negatywnie na frekwencję meczów granych
25 grudnia. Ostatni mecze rozegrany przez Watford w tym dniu w 1956 z Ipswich
zgromadził 4544 widzów, prawie o 5 tysięcy mniej jak średnia frekwencja w
sezonie. Nieska frekwencja nie tylko w skali Watfordu ale w ujęciu ogólnoangielskim przesądziła o losie meczów rozgrywanych w tym szczególnym dniu.
Po tej
dygresji kończąc wątek specjalnych osiągnięć napastników warto wspomnieć
jeszcze o dwóch. Mianowicie Danny Graham i Frank McPherson to gracze Szerszeni,
którzy strzelali bramki w siedmiu kolejnych meczach z rzędu. Co ciekawe ich
wyczyny dzieli 82 lata bo McPherson dokonał tego w 1929 roku a Graham w 2011.
zdjęcie; ebay com
W obecnych
czasach żółte i czerwone kartki nie robią już większego znaczenia, zupełnie
inaczej było w dawnych czasach. Nie tylko nie używano kartek ale usunięcie
zawodnika z boiska wiązało się z bardzo poważnymi konsekwencjami. Sytuacji
takiej doświadczył Frank Barson były reprezentant Anglii, który przyszedł do
klubu w maju 1928. W nowym klubie rozegrał ledwie dziesięć meczów bo 29 09 1928
gdy przeciwnikiem The Hornets był Fulham został przez sędziego za kopnięcie przeciwnika wyrzucony z boiska.
Kara orzeczona przez Football Asociation była bardzo surowa. Został zawieszony do końca sezonu. Stanowiska władz piłkarskich
w Anglii nie złagodziła nawet petycja o złagodzenie kary podpisana przez15 tysięcy sygnatariuszy.
Niewiele
brakowało by Watford pogrążył się w świecie skąd trudno się wydostać. Mam na
myśli niższe ligi rozgrywkowe. Bo choć w 1920 został założycielem trzeciej ligi
zawodowej w Anglii to dwukrotnie w swojej historii zają ostanie miejsce w
najniższym poziomie rozgrywkowym. Obecnie oznacza to degradację i niełatwe
życie na zapleczu piłki zawodowej czego dobrymi ilustracjami są losy Wrexham,
Oldham czy Chesterfield. Jednak system automatycznych spadków i promocji
pomiędzy Football Leagu a National Leagu nie obowiązywał w 1927 i 1951 roku
gdy zajęli ostatnie miejsce na najniższym ówcześnie poziomie rozgrywek czyli 3
lidze. W tym przypadku zbierał się specjalny komitet i dokonywał głosowania czy
ktoś ma spaść z ligi i czy zastąpić ten klub zwycięzcą rozgrywek w National
League. W obu przypadkach komitet okazał się łaskawy dla Szerszeni i w
głosowaniu pozostawił ich w lidze.
Kończąc bardzo
pobieżny przegląd różnych ciekawostek z dziejów The Hornets chciałbym wspomnieć jeszcze
o dwóch rzeczach.
zdjęcie; watfordgold org uk
Sporo
widziałem, sporo czytałem, sporo wreszcie wiem o piłce nożnej jednak muszę
przyznać, iż takich przypadków jak te dwa nie znałem wcześniej. Mianowicie
wielu jest bramkarzy, którzy obronili karne, całkiem dużo również takich,
którzy strzeli bramki z karnego choćby Chivallier czy Butt, jednak obronić
karnego i strzelić gola z karnego w jednym meczu! Znam tylko jeden taki
przypadek mianowicie William „ Billy” Biggar w meczu z Coventry 20 02 1909
popisał się takim wyczynem.
Tego co
wydarzyło się 12 maja 2013 maja w rewanżowym meczu play-offów z Leicester nie
da się opowiedzieć. Jest to kwintesencja tego wszystkiego co powoduje, iż piłka
nożna jest tak pasjonującą grą. Przenieśmy się więc na Vicarage Road , 94 minuta rewanżu, reszta
jest piłką nożną
Po lekturze książki „Ikony. Opowieść o terrorystach” Stefana
Turschmida nie można oprzeć się wrażeniu dotyczącym potęgi słowa. Skąd taka refleksja?
Wynika ona z faktu, że czytając tę książkę zaczynamy odczuwać sympatię, nawet
zrozumienie do w sumie odrażających czynów jakim były ataki terrorystyczne na
funkcjonariuszy państwa rosyjskiego przed rewolucją bolszewicką. By tak
poprowadzić narrację by kibicować zabójcom, autorom zamachów, w których ginęli
również przypadkowi ludzie, trzeba posiadać dar posługiwania się słowem na
najwyższym poziomie.
Również konieczne jest posiadanie ogromnych umiejętności w posługiwaniu się tym
słowem by napisać wciągającą powieść o postaciach historycznych. Przynajmniej
część czytelników wie jak potoczyły się losy Zazulicz, Spiridonowej czy
Sawnikowa, jakie czyny popełnili. Jednak nawet dla nich lektura książki
Turschmida jest wielce frapująca. Idealnie potrafi on znaleźć lukę pomiędzy
tym co było a tym czego nie wiemy i w sposób mistrzowski ją wypełnić fabułą.
Jest ona na tyle frapująca, że nawet osoby specjalnie nie zainteresowane
historią mogą spokojnie sięgnąć po tę książkę i potraktować ją jak kryminał lub powieść sensacyjną z
bogatym społecznym tłem.
Jakże dziwną była Rosja carska, przyzwyczailiśmy się
uważać ją za państwo despotyczne. Z pewnością takim była, przeciwnicy caratu
podlegali tam represjom. Jednak dopiero komuniści nadali słowu represje
stosowny wymiar. W świetle ich zbrodni Rosja carska ze swoim aparatem przymusu
wydaje się być zabawą amatorów. Z autentyczniewybieralnymi sędziami przysięgłymi w sprawach politycznych, z setkami
skazanych na katorgę, którzy z tej katorgi zdołali uciec. W świecie
komunistycznym rzeczy niepojętne. Być może symboliczną odpowiedzią na tę
zagadkę jest postać Anatolija Konina, senatora,
sędziego członka Rady Państwa, który był rzekomo niezłomnie wierny zasadom prawa.
Jednak czy to było prawdą? Czy w rzeczywistości nie wykorzystywał on autorytetu
sędziego by niszczyć państwo ponieważ nie zgadzał się z jego zasadami? Bo jak
inaczej wytłumaczyć fakt, że człowiek tak przywiązany do zasad prawa po
rewolucji komunistycznej gorliwie wspierał tych barbarzyńców?
Tak jak wspominałem głównymi bohaterami powieści są
rosyjscy terroryści działający na przełomie XIX i XX w. Autor w literackiej
formie stara się ukazać ich motywacje, czyny, otoczenie w jakim działali.
Ponieważ czyni to w wybitny sposób warto sięgnąć po tę lekturę.
Według
wszelkich znaków wynikających z analizy książeczki dodanej do wydawnictwa, płyta
została wydana nakładem samego zespołu. Tym bardziej grupie należy się szacunek
za wiarę w swoje dzieło. Muzycy postanowili zmierzyć się z wielką formą
muzyczną – operą. Tak więc na trzech płytach otrzymujemy ponad 3 godziny
„muzyki” składającej się na rockową a właściwie prog rockową operę. To
oczywiście skazuje tę produkcję na tak głęboką niszę, że trudno jej się będzie
z niej wydobyć. Taka ilość „muzyki”, we współczesnym świecie jest raczej nie do
strawienia. Nie wynika to z marnej jej jakości ale z ogromnej jej ilości. Druga
sprawa to już moje indywidualne podejście do muzyki. jakoś nie mam przekonania do tego co muzycy mają ciekawego do powiedzenia o świecie, raczej niczego się po nich nie
spodziewam. Dlatego teżlibretto do tej
rock opery niespecjalnie mnie ciekawi. Parokrotnie użyłem sformułowania muzyka
pisanego w cudzysłowie ponieważ na 33 utworów jakie znajdują się na tych
płytach 17 stanowią teksty recytowane mające za zadanie przedstawiać literacką
treść dzieła. Gdyby je wyrzucić uzyskalibyśmy całkiem interesującą płytę
utrzymaną jak wspominałem w konwencji prog rocka. Fragmentami bardzo melodyją
mającą potencjał na zainteresowanie miłośników tego typu grania. Obawiam się,
że przyjęcie formuły rock opery zwęziło grono potencjalnych słuchaczy ze szkodą zarówno
dla nich jak i dla zespołu. Ponieważ nagrał on ciekawą muzykę jednak
opakował ją w formę trudną do polubienia przez liczniejsze grono odbiorców.
Lista
utworów;
CD 1 - Act I: The Day the Great Cog Failed (66:55)
1. The Traveller and the Lighter (4:13), 2. Shadowborn (6:51), 3. The Unminable
Zone (2:32), 4. The Lamplighter (Parts I-VIII) (15:57), 5. In the Cavern of the
Great Cog (3:52), 6. The Great Cog (5:15), 7. The Shadow Rises... (5:52), 8.
The Capture (Including the Song for a Fallen Nightkeeper) (6:51), 9. Waiting
for Exile (7:05), 10. Eve's Song (8:27)
CD 2 - Act II: Of Men and Worms (65:15)
11. A Sermon for Shadowmas (1:18), 12. Victims of the Light (9:10), 13. Old
Friends, New Enemies (4:23), 14. Ditchwater Daisies (7:22), 15. De-ranged
(3:30), 16. The Lamplighter (Parts IX-XIII) (12:13),
17. In the Name of the Spy (2:56), 18. The Bewildering Conscience of a
Clockwork Child (10:20),
19. Escape! (3:25),20. A Solemn Toast for the Steam Ranger Reborn (10:38)
CD 3 - Act III: From Burrows We Came (61:52)
21. The Oldest Flame (1:58), 22. The Lamplighter (Parts XIV-XV) (2:58), 23.
Flight for the Surface (2:10), 24. The Climb (12:24), 25. At the Summit (8:05),
26. Fight for the Light (8:08), 27. Quest for Power (1:12), 28. At the Sign of
the Aperture (12:33), 29. A Machine Serves His Purpose (1:30)
30. The Clockwork Fable (5:13), 31. Escape from Cogtopolis (1:14), 32. Through
the Lens (3:25)
33. Epilogue - Oh Bugger! (1:02)
Jeden z wielu
klubów, które tworzą solidne fundamenty piramidy futbolowej w Anglii. Bez
większych sukcesów, ledwie 6 sezonów na drugim poziomie rozgrywek w Anglii. O
tym jakie miejsce w świecie brytyjskiej piłki zajmują najlepiej świadczy fakt,
iż pierwszy raz w jej świątyni czyli na stadionie Wembley mieli okazję zagrać
dopiero w 2015 roku.Jednak swoją bazę
kibicowską na poziomie 5 tysięcy kibiców średniej meczowej frekwencji mają.
Gdyby choćby w Polsce tak było to mniej klubów wisiałoby na kroplówce z miasta
a w rodzimej Ekstraklasie jest takich klubów osiem. Wracając jeszcze na chwilę
do tego meczu na Wembley to w podróż do Londynu wybrało się prawie 30 tysięcy
kibiców „The Saddlers”. Niestety musiała im pozostać tylko satysfakcja, że
oglądali swój klub w takim miejscu ponieważ sam finał League Throphy zakończył
się porażką Walsall z Bristol City 0:2.
zdjęcie; facebook com fellowspark
Skoro jesteśmy
przy stadionach to klub w swojej 135 letnie historii miał ich dwa. Pierwszy Hillary
Street przemianowany w 1930 na Fellows Park i ten obecny Bescot Stadium
użytkowany od 1990 roku. Fellows Park choć dzielnie służył gospodarzom był
obiektem nie tylko nie przystającym do futbolu z XXI wieku ale mającym pewną
dość paskudną przypadłość. Mianowicie
dość często ulegał zalaniu tak, że gra na nim była niemożliwa. Zdarzało się to
raz na kilka sezonów ale taka przypadłość jest dość uciążliwa. Tym bardziej, iż
zdarzały się takie historie jak ta z sezonu 1967-70 gdy mecz z Brighton musiał
być przekładany czterokrotnie z powodu zalanej murawy i finalnie rozegrany
został na stadionie West Bromwich. Wyjazd do pobliskiego miasta musiał być dla
kibiców The Saddlers pewną atrakcją skoro na The Hawthorns pojawiło się ich
7535 co stanowiło drugą najwyższą frekwencję w sezonie na meczu Walsall.
zdjęcie; twitter com WCFOfficial
Ostatnim
meczem na Fellows Park było spotkanie z Rotherham i zakończyło się remisem 1:1.
Nie byłoby w tym zapewne nic ciekawego gdyby nie historia zdobywcy ostatniej
bramki dla Walsall na ich starym stadionie, Andy Dornana. Zagrał on dla The
Saddlers 149 meczów ale zdobył tylko jedną bramkę. Właśnie tą kończącą historię
Walsall na ich pierwszym obiekcie.
Jeżeli zapytać
kibiców Rymarzy co było największym sukcesem klubu to znaczna ich część bez
wahania wskaże na rozgrywki o Puchar Ligi w sezonie 1983-84 gdy piłkarze
Walsall dotarli do półfinału. Po wyeliminowaniu Blackpool, Barnsley i
Shrewsbury w IV rundzie udali się na wyjazd na Highbury czyli na dawny stadion
Arsenalu.
W zasadzie wynik wydawał się przesądzony po jednej stronie Pat Jennings,
David O’Leary czy Charlie Nicholson a z drudiej strony Mark Rees czy Ally
Brown. A jednak ci dwaj ostatni zostali bohaterami spotkania i autorami jednaj
z największej sensacji w dziejach klubu. A sen trwał dalej nie tylko, że w
ćwierćfinale pokonali Rotherham to wynik pierwszego półfinału mógł budzić
wielkie nadzieje. Mianowicie mecz zakończył się wynikiem 2:2 a rewanż piłkarze
Walsall grali na własnym obiekcie. Był tylko jeden problem ich rywal –
Liverpool. Rewanż zakończył się sukcesem The Reds. Sen dobiegł końca jednak w
pamięci kibiców The Saddlers został już na zawsze.
W obecnych
czasach piłkarze w wieku około 40 lat nie budzą już tak wielkiego zdziwienia.
Jednak w czasach przed II wojną światową występy 44 letniego Harrego Waita były
nie lada sensacją. Tym bardziej, iż przez sześć poprzednich sezonów nie
rozegrał żadnego meczu i tak w zasadzie skoncentrował się na byciu trenerem.
Jednak czasami okoliczności kreują nieoczekiwanych bohaterów. W trakcie
wzmiankowanego sezonu dwóch pierwszych bramkarzy klubu Peter McSevich i Billy
Bryan doznało kontuzji. W takiej sytuacji na ostatnich pięć spotkań w kampanii między
słupkami stanął Harry Wait. Bilans jak na okoliczności miał całkiem przyzwoity,
4 bramki wpuszczone ale 3 mecze wygrane.
zdjęcie; premierfootballcards org uk
Na koniec jeszcze
jedna ciekawostka z dziejów Walsall. Mianowicie nieczęsto się zdarza by na
szczycie tabeli wszechczasów w kategorii ilości strzelonych bramek znajdowało
się dwóch graczy. Tak jest tutaj Tony Richards i Colin Taylor zdobyli ich po
184. Jedyną różnicą jest ilość sezonów jakie potrzebowali by osiągnąć ten
wynik, pierwszy z nich dokonał tego w ciągu 9 a drugi potrzebował 13 sezonów by zdobyć tyle bramek.